Europa Wschodnia – cz. 2 (Mołdawia)

Pociągi do Kiszyniowa nie kursują codziennie, więc dla odmiany (taa, raczej z przymusu) ten etap wycieczki odbywał się drogami. Najkrótsza z Odessy do stolicy Mołdawii to raptem 170km, ale praktycznie cała publiczna komunikacja między tymi miastami odbywa się dookoła z powodu pewnej tajemniczej części Mołdawii, wokół której urosło mnóstwo mitów:

Naddniestrze

Wszystkie oficjalne strony, łącznie ze stroną polskiej ambasady w Mołdawii, kategorycznie odradzają podróż przez ten rejon, od razu zaznaczając, że w razie czego nie można liczyć na żadną pomoc z ich strony. Dopiero w Kiszyniowie okazało się, że to wyssane z palca ostrzeżenia a Tiraspol to jedno z ulubionych miejsc dla turystów.. amerykańskich. Miasto (i cały region) to pozostałość po Związku Radzieckim i pozostałość dosłownie – funkcjonuje tylko i wyłącznie dzięki „wsparciu” Rosji, które jest.. Takie, że prawie go nie ma, więc czas się tutaj zatrzymał 20-30 lat temu. Trochę szkoda, że ominęła mnie wizyta w tym rejonie, ale może następnym razem.

Dworzec autobusowy w Odessie jest – jak na ukraińskie warunki – luksusowy. W miarę nowoczesny budynek, dwujęzyczne napisy (angielskie i ukraińskie, bo ukraińskie i rosyjskie są wszędzie ;-) , pani w informacji mówiąca po angielsku i.. stanowisko do ładowania komórek. Oczywiście do celu wiezie pojazd typu…

Marszutka!
Samochód z mołdawskimi tablicami rejestracyjnymi, w sumie nawet dosyć luksusowy. Zająłem miejsce całkiem z tyłu, zachęcony przez jakąś kobietę siedzącą na środku, zdjąłem buty (nie, nikt nie wysiadł ;p). W busiku głównie Ukraińcy, kilku Rosjan i.. dwóch obywateli Republiki Izrael (skąd to wiem – poniżej), którzy zajęli miejsce obok mnie. Kierowca nie oszczędza auta i gna na złamanie karku a ukraińskie drogi są dziurawe bardziej niż polskie, więc łatwo sobie wyobrazić w jakich warunkach spędziłem ponad 3h.

Gara de Nord
Dworzec Północny w Kiszyniowie, godzina bodajże dwudziesta. Dworzec duży, duuużo większy niż ten w Odessie. Do centrum miasta jakieś 1,5km, do noclegu jakieś 3,5 – w sam raz na spacer. Poza tym i tak nie miałem lokalnej waluty, więc ruszyłem w stronę centrum. Miasto sprawiało wrażenie takiej.. Warszawy, no może Częstochowy. Nie ma tu już starych samochodów, nie jest tak głośno, chociaż ruch spory. Wieżowce, centra handlowe, bloki. Napisy cyrylicą tylko sporadycznie, ale niewiele to daje – język mołdawski to właściwie język rumuński, czyli.. i tak nic nie rozumiem, więc sposób zapisu niewiele tu zmienia. Na szczęście kantory są na tyle charakterystyczne, że je rozpoznam. Dwa mijane już zamknięte, w końcu trafia się jakiś całodobowy, chociaż nie do końca, bo jak się okazało Pani właśnie zamykała.
Nawet nie próbuję nic mówić – Pani wie o co chodzi, pyta tylko o paszport i – o dziwo – od razu daje rachunek za transakcję. Ale jaka to transakcja! Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że wymieniłem amerykańskie dolary na.. pieniądze z monopoly. Banknoty małe, wszystkie z tym samym królem (do Jagiełły podobny ;-) , którego pomnik później nawet spotkałem w centrum miasta.

Mall-dova
Gra słów w nazwie centrum handlowego jak najbardziej uzasadniona i nieprzypadkowo nawiązuje to wielkiego świata. CH jest duże, wielopoziomowe, pewnie największe w mieście i w całym kraju. W sklepach jest.. wszystko. Nietrudno przerzucić się na ichniejszą walutę z hrywien – wcześniej dzieliłem przez 6, teraz wystarczyło dzielić przez 5 ;-) W markecie spotkać można sporo polskich produktów i to wcale nie na dziale z alkoholami. Dalej jest tanio – trzy butelki lokalnego alkoholu + kolacja + śniadanie + woda = nieco ponad 20zł.

Orheiul Vechi
Marszutki w tamtym kierunku odjeżdżają z dworca centralnego. Dojazd do dworca oczywiście.. marszrutką, bo jeżdżą wszędzie, tylko jeszcze trzeba wiedzieć do której wsiąść ;-) Mają jakieś numery, ale rozkład jazdy nie istnieje. Właściwie to i tak nie miałby większego sensu, bo numery są umowne. W sumie to trasy przewozu są umowne i taka marszutka zawiezie wszędzie.. pod warunkiem, że uda się wytłumaczyć kierowcy dokąd chce się jechać ;-)
DCIM106GOPRO
Opcja bezpieczniejsza: trolejbus. Na przystanku wisi jakiś rozkład, ale skąd wziąć bilet? Kioski pozamykane (jest 7:00), ale ludzie wsiadają więc zakładam, że biletowanie odbywa się tak, jak w Odessie i dokładnie tak jest (o szczegółach w innym wpisie).
Dworzec centralny bardziej przypomina centralne targowisko, gdzie wepchali się kierowcy minibusów. Teoretycznie wystarczy wypatrzeć odpowiednią tabliczkę za szybą i wsiąść. Bilet? Jaki bilet!
Patrzę w GPSa śledząc trasę. Po drodze kierowca wysadza ludzi przy autostradzie, inni wsiadają. Po przejechaniu ok. 60km marszrutka dociera *gdzieś*. Babuszka potwierdza, że to tu jest owe Trebujeni, chociaż wszystko wskazuje na to, że jest tu raczej koniec świata.
Wg znaków do celu jakieś 900m. Droga prowadzi przez wiejskie zabudowania. Po drodze jakiś hotel, poza tym totalny folklor. Tyle, że to nie przebierańcy przed makietami – tak wygląda życie na prowincji w Mołdawii.
DCIM106GOPRO
Widoki na miejscu są może nieco surowe, ale z pewnością niepowtarzalne. Krajobraz został nawet w 2014 zgłoszony do UNESCO.
DCIM106GOPRO
Na szczycie obowiązkowo cerkiew (pozamykana na siedem spustów) a kilkaset metrów niżej niepozorna dzwonnica, pod którą kryje się wydrążona w skale jaskinia-kaplica. Tak jak tych wszystkich „kościołowych” klimatów nie znoszę, tak sam zapach i atmosfera miejsca sprawia, że schodząc samemu w dół z każdym stopniem pojawiają się ciarki :)
W kaplicy nieruchomy mnich, chociaż później okazało się, że to przebierańcy pod turystów. Chociaż z drugiej strony wątpię żeby im się chciało tak poza sezonem aktorzyć :)

Po krótkim spacerze w miejsce, które jest marszrutkową pętlą, nastał czas na wybitną rozrywkę – czekanie. Siedzenie. Łażenie w kółko. I nawet nie wiadomo jak długo, bo – co w Mołdawii jest przecież oczywiste – wszyscy wiedzą o której marszrutki jeżdżą, poza tym jeżdżą kiedy chcą :) W zasięgu wzroku jakieś muzeum geologiczne, ale co jak pójdę a wtedy przyjedzie transport? Lepiej jednak poczekać, bo 60km to jednak kawałek, szczególnie, że pod górę.

Po chwili pojawia się jakaś rozrywka w postaci niespotykanego pojazdu:
DCIM106GOPRO
Kierowca o coś pyta w swoim języku. Po angielsku rozumie tyle, co ja po mołdawsku czyli nic, ale.. dogadaliśmy się – pytał, czy ta się objechać to-to dookoła. A przynajmniej tak sobie wmawiam :-)

Po jakiejś.. godzinie siedzenia, pojawił się *genialny* pomysł. Przecież marszrutki i tak zatrzymują się tam, gdzie im się pomacha, więc dlaczego nie przejść się w stronę muzeum? Mniej więcej w połowie drogi w oddali pojawił się transport, więc nie było mi dane nawet drzwi muzeum obejrzeć.

Cricova
Cricova jest teoretycznie po drodze do Kiszyniowa, ale marszutka (akurat ta) tam nie zajeżdża, więc do samych piwnic został jeszcze spacer ok. 3km drogą prowadzącą przez winnice i niewielkie miasteczko Cricova. Spacer całkiem przyjemny i specjalnie nie było sensu szukać „podwózki”, bo do zarezerwowanej godziny zwiedzania zostało jeszcze jakieś 2,5h.

Przed samym muzeum (chociaż trudno to nazwać muzeum, bo niewiele ma z nim wspólnego), jeszcze tylko DNF, sklep w pamiątkami (głównie winami) i można zejść pod ziemię.

Trzeba przyznać, że wiedzą tam jak zrobić wrażenie i znakomicie to zrealizowali.
DCIM106GOPRO
Całość trwa.. właściwie to straciłem poczucie czasu. Niby zwiedzanie jest liniowe a przewodniczka po prostu mówiła wyuczone teksty, ale z pewnością nie nudne. Z pewnością mało kto zdaje sobie sprawę z tego, w jaki sposób produkuje się wino musujące i jak wiele win znanych pod innymi markami wytrzarzanych i przechowywanych jest w Mołdawii. 395 MDL to dużo a nawet bardzo dużo jak na Mołdawię (bilet tramwajowy kosztuje 3 MDL, przejazd marszutką 70km jakieś 35 MDL), ale to dobrze wydane pieniądze. Szczególnie, że w cenie degustacja czterech różnych win (bez ograniczeń ;-) ) i świetne, mołdawskie ciasto.
DCIM106GOPRO
Głupi to ma zawsze…
Wszystko fajnie, ale jest ciemno, godzina prawie 19:00 a do Kiszyniowa jakieś 16km. Transport publiczny rozwinięty jest znakomicie, ale nastawieni są głównie na tubylców, którzy wiedzą co, skąd, dokąd i o której. Pozostali muszą mieć albo dobre buty, albo.. szczęście.
Jakieś 50m od wyjścia z winiarni zatrzymuje się czarna Honda. Kierowca po angielsku pyta, czy gdzieś nas podrzucić. Blond lala (asystentka, tjaa) na siedzeniu pasażera zachęca uśmiechem. W sumie co za różnica czy jechać z obcym osobówką czy minibusem? Poza tym, że ta pierwsza jest na miejscu.

Po chwili samochód jedzie w kierunku stolicy. Na początku patrzę nieufnie w GPSa czy aby na pewno, ale po kilku zdaniach obawy znikają. Marcel (całkiem zabawne podobieństwo imion) za dobrze mówił po angielsku jak na porywacza ;-) Okazał się być przewodnikiem a przy okazji (bardziej z braku klientów poza sezonem) współpracownikiem ambasady. Podczas kilkunastominutowej podróży (prawie pod hotel!) obalił wiele mitów, jakie można znaleźć w Internecie na temat Mołdawii, tamtejszych winiarni i Naddniestrza. Właściwie w te kilkanaście minut znacznie zmienił całe moje postrzeganie tego kraju ;-)

Reveni la Ucraina
Przewodnik ze szczerością stwierdził, że Kiszyniowie to właściwie nie ma co oglądać. Miejsca warte odwiedzenia to wspomniana wcześniej Malldova (centrum handlowe), parlament i.. McDonalds.
DCIM106GOPRO
Ten drugi był w centrum, poza tym obok był kesz (jeden z dwóch w Kiszyniowie) i wypadało w końcu coś znaleźć! Wrażenie dosyć dziwne, bo ochrona (a może policja?) zabroniła zbliżać się do budynku na odległość bliższą niż.. 50m – po prostu nawet chodnikiem przed przejść nie można było. Po chwili okazało się dlaczego – namioty i inne koczownicze baraki zajmują spory plac przed budynkiem. Wtedy premiera jeszcze nie było a plac okupowali zwolennicy UE. Co stało się po wyborze nowego szefa rządu można było niedawno obserwować. Napięta atmosfera już w grudniu była mocno wyczuwalna, ale najwyraźniej z okazji świąt (których tam i tak nie obchodzą) dali sobie spokój na chwilę.
DCIM106GOPRO

Do dworca północnego trzeba się było przebić przez całe miasto. Jazda trolejbusem jest fajna – wsiadasz, kupujesz bilet i patrzysz na mapę gdzie w ogóle jesteś ;-) Są tam jakieś nazwy przystanków, ale niewiele mówią. Tambylcy zapytani o drogę do Gara de Nord odpowiadali w kółko to samo – marszrutka. Wszyscy jeżdżą marszrutkami, ale trzeba przynajmniej znać kierunek. Albo rumuński. Już lepiej było ostatnie 1,5km przejść na piechotę, nawet z winem w plecaku ;-)

Tagged , , , ,

Europa Wschodnia – cz. 1 (Ukraina)

Publiczną komunikacją praktycznie się nie poruszam, więc nawet wizja przejazdu pociągiem do Przemyśla była wyzwaniem. Ukraiński klimat udało się podłapać już podczas tego etapu – najczęściej słyszany język to właśnie ukraiński.

Marszrutka po raz pierwszy.
Samo słowo marszurtka była dla mnie zupełnie obce a okazuje się, że ów sposób przewozu ludzi jest całkiem popularny również po polskiej stronie granicy.
Mały, czerwony, na oko dwudziestoletni minibus z napisem „Medyka” szybko się zapełnił. Kierowca nie sprzedawał biletów, płatność przy wyjściu całe.. 2zł za przejazd spod dworca w Przemyślu pod przejście graniczne w Medyce.
DCIM106GOPRO

Pieszo przez granicę
W kierunku granicy zmierzają setki ludzi. Wielkie bagaże, z drukarkami, telewizorami i innymi sprzętami AGD. Wszyscy z charakterystycznymi, niebieskimi paszportami.
Po chwili spędzonej w kolejce, odzywa się jakaś kobieta, pytając czy my z Polski. Za chwilę prowadzi nas do bramek, przebijając się przez stojących w kolejce Ukraińców. Oni protestują, szarpią, zatrzymują. Kobieta cierpliwie tłumaczy, że są dwie kolejki. Dalej słychać krzyki, ale w końcu przebijam się pod bramkę. Faktycznie – nie ma nikogo, od niechcenia polski pogranicznik bez słowa przepuszcza przez przejście. Uff.
Po kilkudziesięciu metrach znów kolejka. Znów dominują Ukraińcy i znów osoba, pusta bramka dla obywateli UE. Nikt o nic nie pyta, nie sprawdza plecaka. Pieczątka w paszporcie i.. Ласкаво просимо в Україну.

Marszrutka po raz drugi

Różnice widoczne są od razu. Typowo dwujęzyczne tablice, dominuje oczywiście alkohol i papierosy. W budce przy postoju marszrutek siedzi kilka „babuszek”. Nawet nie próbuję się przysłuchiwać o czym dyskutują – rozglądam się po okolicy. W okienku nie ma nikogo, kto sprzedawałby bilety. Do podróżnych stojących pod szyldem Львів podchodzi kobieta, namawia dwie osoby na przejazd konkurencją. Okazuje się, że babuszki może i zajęte są sobą, ale bacznie obserwują – jedna z nich przechodzi na zaplecze, krzycząc, że ktoś podbiera oczekujących klientów.
Po chwili zjawia się kasjerka. Bilet kosztuje 35UAH, czyli niecałe 6zł za 80km.
DCIM106GOPRO
Później okazuje się, że zapłacić można też u kierowcy – 34UAH, ale bilet (wirtualny, bo żadnego świstka nie ma) nie gwarantuje miejsca siedzącego, stąd różnica.
Oczywiście 80km o tylko wg GPSa, który wyznaczył najkrótszą drogę. Kierowca jedzie tylko sobie (i lokalnym) znaną trasą, małymi drogami. Po drodze ludzie wsiadają i wysiadają w różnych miejscach, przez całą trasę w busiku panuje tłok, zaparowane szyby – mniej więcej jak w polskich pksach 20 lat temu.

Lwów
W końcu miasto. Po wyjściu z marszrutki typowy dworcowy chaos. Stare autobusy, brukowane drogi, tramwaje – hałas jest odczuwalny, ale po chwili można się przyzwyczaić. Na szczęście GPS bezbłędnie wskazuje kierunek do centrum, bo inaczej nie sposób tam trafić. No ew. można się kierować po prostu na wieżę na wzgórzu zamkowym, którą widać z daleka.
DCIM106GOPRO

Po drodze jeszcze pierwszy kesz, wymiana pieniędzy. Obserwuję miasto, szyldy, samochody, ludzi. Miasto sprawia wrażenienie innego niż te, które dotychczas odwiedzałem, poza jedną wspólną cechą – wszyscy gdzieś zmierzają i wydaje się, że mają cel, oczywiście wszystko w pośpiechu.
Stare miasto odwiedzić warto, wręcz trzeba. Chociaż koniec grudnia to z pewnością nie sezon, na ulicach ludzi sporo.
DCIM106GOPRO
Jarmark, lodowisko, świecące tramwaje.
DCIM106GOPRO
Szerokie prospekty są pełne turystów jeszcze długo po zmroku. Podobnie z knajpami, chociaż jest ich tyle, że nietrudno znaleźć miejsce na obiad.
DCIM106GOPRO
Ulice opisane są zarówno cyrylicą jak i typowym alfabetem, więc zgubić się nie sposób (co akurat mi nie groziło z GPSem ;-) ). Nawet nie ma sensu próbować mówić po ukraińsku – właściwie wszyscy pozytywnie reagują (ze zrozumieniem oczywiście) na język polski. Polski turysta z pewnością nie poczuje się we Lwowie nieswojo.
Dworzec kolejowy zaskakuje płatną poczekalnią. Za 10UAH/h poczekać można w względnym spokoju, za dodatkowe 10UAH można wykupić dostęp do internetu. Właściwie jeśli ktoś chce usiąść to jest skazany na tę poczekalnię – innej po prostu nie ma. Nie wiem skąd znalazłem się w strefie dla osób z osobliwymi potrzebami, ale nie zauważyłem tam niczego osobliwego ;-)

Lwów – Odessa czyli 12h w pociągu
Po dwóch nocach we Lwowie przyszedł czas na zmianę klimatu. Bilet na pociąg można kupić wcześniej przez Internet, więc odpada dyskusja z Panią w okienku, której znajomość języków jest ograniczona do ojczystego.
Pociąg już z zewnątrz robi wrażenie. Wagon ma długość ok. dwóch „polskich” wagonów a cały skład ma ich.. 16. Przed każdym jedna osoba obsługi – pani niezbyt orientuje się o co chodzi z wydrukowanym biletem kupionym przez internet, ale po sprawdzeniu paszportu wpuszcza do pociągu.
W wagonie temperatura jak w wylęgarni. Szukam na tabliczkach dat – niestety nic z tego, ale wagony z pewnością są znacznie starsze ode mnie i pewnie na początku były wręcz luksusowe. Pasażerowie szybko przebierają się w stroje podróżne, czym trochę mnie zaskakują, bo nie mam ani piżamy, ani nawet kapci :-)
Pani z obsługi nie wiadomo dlaczego, ale na początku podróży zabiera bilety, oferuje za to herbatę po 5UAH lub kawę po 6UAH. Oba napoje serwowane oczywiście w szklankach, które pamiętają daaaawne czasy ;-)
Ok. 22:00 Ukrainka z przedziału wracająca do Odessy chętnie udziela instrukcji dotyczących pościeli i korzystania z niej (okazuje się, że to, co wydawało się być kołdrą w rzeczywistości jest.. materacem ;-) )
Temperatura taka, że nie wyobrażałem sobie w ogóle przykrywania czymkolwiek, więc nawet mi to na rękę. Po chwili ujawniły się jeszcze grube, radzieckie koce, których nawet nie chciałem tykać.
Pociąg jedzie szybko (ponad 100km/h wg GPSa), w środku jest cicho, nie trzęsie. Toaleta w wagonie już współczesna i bardzo przyzwoita – nie odbiega od tej z „pendolino”. Po spokojnej nocy, podczas której można było się wyspać (serio!), pociąg dociera do dworca głównego w Odessie.
DCIM106GOPRO

Odessa
Dworzec w Odessie jest dosyć nietypowy – nie jest dworcem „przelotowym”, więc pociągi tutaj po prostu kończą bieg. Nie ma żadnych przejść podziemnych, nie sposób tutaj się zgubić. Sam budynek robi spore wrażenie – wszystko jest ogromne, z rozmachem, nic tutaj się nie wali, jest czysto, nikt nie siedzi pod ścianą ani nawet na schodach (po minucie pojawia się mundurowy i prosi o przejście do poczekalni).
DCIM106GOPRO
W okolicach dworca mnóstwo starszych kobiet oferujących noclegi i krzyczących taksówkarzy. Wg GPSa morze jest w zasięgu spaceru, poza tym i tak niezbyt jest co robić, bo noclegownia (o tym później) przyjmuje od godziny 14:00, czyli za jakieś 6h.
DCIM106GOPRO
Chcąc pójść na skróty, wpadam na targ. Właściwie to mega targ. Stragany z „markowymi” ubraniami ciągną się przez setki metrów. W końcu trafiam do hali targowej. Wchodzę bardziej z ciekawości i chęci wydostania się z tego miejsca. Uderza zapach serów, ryb, mięsa, mleka – sprzedają tu wszystko, co tylko da się zjeść. Sery bezpośrednio z wiader, domowe, mało starannie oskubane kury prosto z gazety. Mleko i śmietana w butelkach PET. Do tego jajka, jakieś warzywa. Takie targowiska skończyły się w Polsce jakieś 15-20 lat temu.
DCIM106GOPRO
Ulica Puszkina, będąca poniekąd przedłużeniem torów, prowadzi prosto do morza. Właściwie to do Морской вокзал Одессы, do którego schodzi się Potiomkinowskimi Schodami – miasto położone jest znacznie wyżej od portu.

W Odessie jest statystycznie 290 słonecznych dni w roku. Szerokość geograficzna mniej więcej taka jak północnych Włoch, więc nawet w zimie jest ciepło a na pewno nie jest tak ponuro jak w Polsce. Łatwo się za to zgubić bez GPSa, bo ulice są bliźniaczo podobne do siebie. W oczy rzucają się kontrasty – na ulicach zarówno luksusowe samochody jak półwieczne graty, które – o dziwo – ciągle jeżdżą. Z jednej strony ulicy współczesne, oszkolne wieżowce, z drugiej – zapomniana ruina.
DCIM106GOPRO
Miasto jest stosunkowo nowe, zabytków takich jak we Lwowie tu po prostu nie ma. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że dworzec jak punktem centralnym miasta. Ruch jest spory, na pierwszy rzut oka wszystko wygląda chaotycznie, ale po chwili obserwacji wszystko ma jednak swój sens i miejsce.
Przed odjazdem do Kiszyniowa zostaję wyrzucony z dworca. Wyrzuceni zostają wszyscy – znikąd pojawia się mnóstwo wojska i policji. Ludzie zachowują spokój i sprawiają wrażenie, że są przyzwyczajeni do tego typu ewakuacji. Odgrodzony zostaje sam budynek, reszta toczy jakby nic się nie stało.

Wpływanie na suchego przestwór oceanu pociągiem.
Wyprawa do miasta Akerman, dziś nazywanego Białogrodem nad Dniestrem, to już zupełnie inna Ukraina niż ta, znana ze Lwowa czy Odessy. Niby tylko jakieś 90km, ale pociąg jedzie 2,5h i jest „nieco” inny od tego relacji Lwów-Odessa ;-) Mimo bezchmurnego nieba w środku bezprzedziałowego wagonu panuje półmrok. Szyby są tak brudne, że trudno się zorientować gdzie aktualnie pociąg się znajduje. Oczywiście pociąg pamięta czasy Związku Radzieckiego, właściwie sprawia wrażenie, jakby od tego czasu tylko herb Ukrainy domalowano.
Najwyraźniej „babuszki” jadące z towarem do miasta pojechały wcześniejszym pociągiem – miejsca jest sporo, niewiele się dzieje.
Na miejscu wita już zupełnie inny dworzec. Śmieci, psy, koty. Do twierdzy prowadzą.. wszystkie drogi, dosłownie. Miasto właściwie nawet miasta nie przypomina – jakieś pojedyncze budynki piętrowe, reszta to małe domy. Po drodze trzeba przejść przez targ. Właściwie to miejsce targowe, bo wszystko odbywa się na ulicy, na chodniku, gdzie popadnie. Kury, jajka, mak na szklanki, ser na wiadra. Wszystko przywiezione rano z okolicznych wiosek, średnia wieku sprzedających to ponad 60 lat, praktycznie same kobiety. Kilkaset metrów przez punktem docelowym praktycznie nikogo nie ma w zasięgu wzroku. Pojedyncze zaparkowane samochody, zniszczone boisko ze ścieżką prowadzącą przez środek.
Wstęp jest dosyć drogi a właściwie bardzo drogi jak na Ukrainę. 40UAH to raptem 6,50zł, ale mniej kosztował bilet na pociąg.. w obie strony. Zaskakuje mnie wejście – bramki jak w metrze, z czytnikiem kodów kreskowych. Pewnie w sezonie mają tu tłumy, ale teraz o godzinie 11:00 nawet sprzedawcy souvenirów się nie rozłożyli. W samej twierdzy może z pięć osób, łącznie z ochroniarzem i… WiFi ;-)
DCIM106GOPRO
Samo miejsce robi olbrzymie wrażenie i z pewnością warto się tutaj „tłuc” pociągiem 2,5h w jedną stronę. Wejść można praktycznie wszędzie, wszystkiego dotknąć. Nie ma barierek, chociaż o upadek z muru z wysokości od kilku do kilkudziesięciu metrów wcale tu nietrudno.
DCIM106GOPRO
Widok na morze (właściwie to zatokę, ale co tam ;-) ), bezchmurne niebo, kilkanaście stopni, cisza, sielanka..
DCIM106GOPRO

Na pociąg powrotny do Odessy czeka już sporo ludzi. Babuszki wracają z targu, jakieś studentki (?) z torbami, uwagę przyciąga dobrze ubrany młody człowiek z workiem po ziemniakach zaadoptowaną jako torba podróżna. Toalety lepiej nie odwiedzać, jeśli naprawdę nie ma takiej potrzeby ;-)
Pociąg toczy się jeszcze wolniej. Babuszka sprzedaje pierogi, jakiś człowiek śpiewa i gra na gitarze, daję mu 2UAH, bo trochę przerywa tę senną atmosferę. Za chwilę jeszcze jakiś małolat próbuje sprzedać.. pastę do zębów i pociąg dociera do Odessy.

Cdn – Mołdawia.

Tagged , , , ,

Deuterafobia

Aby zwiększyć szanse na przeczytanie jakiegoś tekstu, należy w temacie użyć czegoś, co przyciągnie uwagę, zaciekawi, albo chociaż wkurwi. Ostatnia opcja jest nieco ryzykowna, bo później w treści trzeba łechtać ego czytelnika, aby powstrzymał swe paluchy i nie napisał w odpowiedzi czegoś, czego tak naprawdę napisać nie chciał, ale został sprowokowany.
Deuterafobia. Tego nie zna nawet współczesna wikipedia, chociaż problem rzekomo dotyczy sporej części społeczeństwa. Niniejszym oszczędzam „googlania” i konieczności przetłumaczenia sobie tego czy owego – po polsku oznacza lęk przed poniedziałkiem. Publikacje o tej „przypadłości” docierają do mnie już na tyle często, że zacząłem się zastanawiać, czy jestem aby normalny.
Podobno ludzie boją się pierwszego dnia tygodnia (nie, nie niedzieli [potrójne "nie", yeah!]) niezależnie od wieku. Już w przedszkolu dzieci nienawidzą poniedziałków. Bo trzeba iść i spędzić pół dnia z grupką przypadkowo dobranych rówieśników. W szkole stres, bo w poniedziałek trzeba iść do szkoły. Znów ktoś coś będzie chciał, wymagał i „czepiał się”. Poprzeczka dla uczniów (właściwie w większości to „óczniuf”) jest już tak nisko postawiona, że pierwsza z brzegu małpa ukończy podstawówkę z wyróżnieniem a jak ma sponsora to i studia z wyróżnieniem w dwa lata zaliczy.
Jedynym okresem, kiedy stres przed poniedziałkiem wydaje się nie istnieć są studia. Tzn. wtedy lęk również występuje, ale poniedziałki trafiają się dwa, może trzy razy w roku, więc problem nie istnieje.
Jak już Polak (tak, mam wrażenie, że to taka nasza, polska przypadłość) pójdzie do pracy, przy odrobinie szczęścia z umową nieśmieciową, wizja poniedziałku będzie spędzać mu sen z powiek mniej więcej od niedzielnego poranka. Tak naprawdę od piątku wieczorem, bo wtedy zaczyna „reset”. Czym się stresuje statystyczny Kowalski? Wszystkim, kurwa. Szefem, współpracownikami, obowiązkami w pracy – ot codziennością dorosłego człowieka, który powinien sobie jakoś radzić. Bo nie można się opieprzać i dostawać za to pieniędzy, no skandal. Przecież wtedy wszystko byłoby takie piękne!

A ja? No cóż, nie jestem ofiarą tzw. bezstresowego wychowania. Nie byłem nigdy pępkiem świata i bardzo dobrze. Za to świat traktowałem z należnym mu dystansem.
Przedszkola zmieniałem chyba ze cztery razy. Nie żeby mi coś nie pasowało – nie pasowało siostrze. Co? Wszystko. Ja miałem wyjebane. Jacyś koledzy byli wszędzie, półgłówki też.
Podstawówka była pierwszym dowodem, że większość ludzi to idioci. Do dziś nie potrafię zrozumieć sensu zadań domowych typu „proszę nauczyć się czytać fragmentu od „Ala..” do „kot”. Tekst się czyta, jaki by się nie trafił, więc już wtedy nauczyłem się po prostu olewać przygotowania. Zadania domowe na kolanie, klasówki z marszu, bez stresu i presji. Trochę zostałem sprowadzony na ziemię w liceum, ale dostosowałem się do sytuacji na tyle, że poniedziałkowego lęku nie zaznałem.
Studia, zgodnie z teorią przedstawioną kilka zdań wcześniej, kompletnie mnie nie stresowały a już na pewno nie poniedziałki. Może dlatego (że) nigdy ich nie skończyłem?;-)
A teraz? No cóż, nie mam pętli na szyi w postaci kredytu na trzydzieści lat i nie muszę zapieprzać za najniższą krajową na śmieciowej umowie. W dodatku pracodawca jest człowiekiem.
Co czuję przed poniedziałkiem? Nic specjalnego. Nieważne, czy to dzień wypłaty, poniedziałek wielkanocny* czy pierwszy dzień w pracy po długim weekendzie. Nowe wyzwania, nowe możliwości i gwarancja niepowtarzalności. W dodatku na koniec dnia dwie godziny intensywnego wysiłku fizycznego.
Życzę wszystkim dobrych poniedziałków ;-)

3921504-poniedzialek-882-660

* – Lany Poniedziałek był kiedyś jedynym dniem, kiedy dziewczyny były mokre z mojego powodu ;>

Tagged , , , , ,

W 2013 „wypedałowałem” ponad 1000km, cel na 2014: wychodzić/wybiegać 1000km i przejechać rowerem ten sam dystans. Aktualnie 100km+ w nogach ;-)

Cel 2014: 2x1000km

Born to be.. ;-)

pierwszy raz od piętnastu lat na komarku.

Eksperyment munzee

Jakiś czas temu, biegając za keszami po Bremen, trafiłem na QRCode opisanego jako game piece. Zeskanowałem, przejrzałem stronę i.. uznałem, że to jakaś niszowa gierka, więc o stronie zapomniałem.
Niedawno trafiłem na info, że munzee.com świętuje dwa lata istnienia. Przejrzałem mapę, w Polsce pojawiło się kilka nalepek a że w mojej okolicy kompletna pustynia (najbliższy kod 100km od domu), postanowiłem rozpocząć eksperyment ;-)

munzee

Wydrukowałem i zalaminowałem kilkanaście plakietek, z zamiarem umieszczania ich na terenie miasta. Format całkiem dobrze wtapia się w miejskie otoczenie, więc osoby postronne po prostu zignorują nalepkę a cały eksperyment ma na celu sprawdzenie czy w ogóle ktoś kod zeskanuje i.. zacznie szukać kolejnych. Do końca miesiąca planuję „rozrzucić” piętnaście kodów, w charakterystycznych i uczęszczanych częściach miasta, w miejscach widocznych. Wydaje mi się, że najłatwiej wciągną się studenci a że akurat w mieście ich teraz niewielu, mają szansę również inni ;-)

Munzee wydaje się być świetną alternatywą dla geocachingu w miastach, gdzie stosowane w są coraz mniejsze pojemniki a ich podejmowanie przypomina sceny z filmów szpiegowskich. Celowo o eksperymencie nie wspominam osobom związanym w geocachingiem w okolicy (jedyne miejsce z informacjami to ten blog). Pierwszych wyników nadających się do analizy spodziewam się do końca września.

edit: pierwszy zeskanowany 13.07, niecały tydzień.

Tagged , ,

Liścik

Dostałem list. Taki prawdziwy, papierowy. Nie jakiś tam e-mail – ręcznie pisany. Od nieznajomego (kobiety nie podejrzewam o takie pismo). Głównym podejrzanym jest Pan Robert, którego na oczy nigdy nie widziałem, ale tenże Robert otworzył był Gabinet Protetyczny o jakże trafnej nazwie.. PRYZMAT (a podlinkuję, może jakieś odwiedziny będą mieli ;>). List pięknie zapakowany w strunówkę, włożony za wycieraczkę, z pewnością do mnie, chociaż adresat nie wpisany.

Od dziesięciu lat dostaję najwyżej rachunki do zapłacania, drukowane przez bezduszne komputery i bezmyślnie pakowane do kopert, więc zaskoczenie było niemałe.
W pierwszym zdaniu grzecznie, acz stanowczo, autor od razu przeszedł do sedna. Trochę zepsuł mi zabawę – ja na jego miejscu dodałbym jakiś wstęp, jakieś „Szanowny Panie” lub chociaż „Kierowco!” a tu od razu taki spoiler. Nic to, czytam dalej, zachęcony WIELKIMI literami, odręczną rameczką i wykrzyknikami. No dobra, rozumiem, też bym się zdenerwował gdyby mi ktoś auto postawił na parkingu, za który płacę czynsz. Aaa, sorry – przecież płacę czynsz i ciągle nie mam gdzie parkować. Mniejsza z tym, łączę się bólu i współczuję w myślach aż tu nagle – puenta. Pięć wyrazów, które zmieniło moje życie i stosunek do autora.

Panie Robercie,
pewnie Pan tego nie przeczyta, bo od piętnastu lat zajmuje się Pan protezami a nie pierdołami internetowymi, jednak wrodzona uprzejmość każe mi udzielić Panu odpowiedzi.
Dziękuję za zwrócenie uwagi, dziękuję również za informację, że płaci Pan czynsz za cztery miejsca parkingowe. Szczerze współczuję, bo trochę tu już mieszkam i płacę czynsz za jedno miejsce parkingowe, którego czasami w promieniu stu metrów znaleźć nie potrafię. Proponuję postawić szlaban lub chociaż namalować koperty, bo okolica niestety taka, że każdy kawałek utwardzonej powierzchni zostanie wykorzystany jako parking. Życzę powodzenia w prowadzeniu biznesu w nowym miejscu (było tutaj już biuro podróży, biuro rachunkowe i myjnia – może Pan będzie miał więcej szczęścia), jednak proszę nie oczekiwać, że dostosuję się do Pana prośby. Nie jestę Pana pacjętę, ale też mam mieć gdzie zaparkować. Poza tym – nikogo Pan nie leczy, ma Pan Kliętów, nie pacjętów ani nawet pacjentów.

To pisałem ja, ten ze srebrnego.

Tagged ,

integracja w toku, tempo mam nieprzewidywalne, więc nie wiadomo kiedy proces zostanie zakończony.

bez fejsbuka ni-dy-rydy

Hello world!

Już nawet nie pamiętam które to hello world!. Piąte, szóste? Pierwszego bloga założyłem ponad dziesięć lat temu. Każdy miał być lepszy od poprzednika, wychodziło to różnie. Treści były rozmaite – prowokacyjne, żenujące i zaskakujące (nawet mnie).

Po co robię kolejne podejście? Bo gdzieś ten jad wylać muszę. Grafomańskie ciągoty są zbyt silne, aby je zupełnie ignorować. Pewnie za kilka lat będzie mi wstyd, że kiedyś tworzyłem takie bzdury, ale zaryzykuję. Dziękuję za wszystkie psychoanalizy, flejmy, hejterstwa i inne młodzieżowe cuda, których nazw nawet nie znam ;-)