Pseudodemokracja po polsku

24 września 2011, 07:10

Na najbliższe wybory się nie wybieram i odradzam każdemu udział w tym pseudodemokratycz­nym show za nasze pieniądze. 

1. Listy
Listy ustala się odgór­nie. Lokalny hochsz­tapler wrzuca siebie na pierw­sze miej­sce, na kolejne tych, których lubi wg własnego widzi-mi-się. Lista leci do War­szawki, tam par­tyjny uber­hochsz­tapler zatwier­dza listę lub robi roszady wg — a jakże — widzi-mi-się. Jeśli uzna, że kolegę z Krakowa lubi bar­dziej niż “jedynkę” z innego regionu — dopisuje go, jednocześnie zapewniając posadkę w sejmie/senacie. Mimo że na liście są nazwiska — głosuje się na partię. Ponadto ci, którym żadne nazwisko nic nie mówi wybiorą “intuicyj­nie” pierw­szego z góry, ale o nich później.

2. Kam­pania
Fun­dusze roz­dzielane są podob­nie. “Jedynki” dostają po kilkadziesiąt tysięcy, kolejni — led­wie kilka, bo i tak są skazani na porażkę. Naj­bar­dziej naiwni z dal­szych miej­sce może i wierzą, że się dostaną do koryta. Pozostali star­tują z nudów, przy­zwyczajenia, aby pod­nieść swoją samoocenę lub żeby wydrzeć kasę na kam­panię i wydać ją na organizację imprezy dla znajomych pod szyl­dem wiecu wyborczego.

3. Głosujący
Mogą głosować wszyscy, bo tak niby demokratycz­nie. Ile procent Polaków interesuje się polityką i ma o niej jakieś pojęcie? Obstawiam, że mniej niż połowa z tych, którzy pójdą głosować. Reszta kieruje się urodą kan­dydata, znajomym nazwiskiem lub dokonuje antywyboru (nie lubię Kaczyńskiego, zagłosuję na Plat­formę). Wiek wybor­ców spo­koj­nie można obniżyć do zera — będzie wyższa frekwen­cja (która tak bar­dzo cieszy, cholera wie dlaczego) a wyniki rozłożą się podobnie.

4. Media
Media publikując sondaże manipulują wynikami. Wpajają, że jest PO, PiS i “pozostali”, którzy i tak nie wygrają, więc albo o nich nie wspominają w ogóle albo skazują na miej­sce n. 

5. Program wybor­czy
Nawet jeśli ktoś się wysilił i wymyślił coś więcej niż powtarzane od dawna ogól­niki, to mało kto z głosujących (na pewno jed­nocyfrowy procent) potrafi sobie przy­po­mnieć chociaż jeden punkt z tzw. programu. W naj­lep­szym razie pad­nie “no ten od Tuska/Kaczyńskiego/Palikota”. Bo programów już dawno nie ma — są gadające głowy, znane z tego, że są znane i ci, którzy chcą być znani, bo trzymają ze znanymi. 

Jesz­cze ktoś wierzy, że warto głosować? Jeśli nawet trafię do lokalu wybor­czego (co mało praw­dopodobne) to karty do głosowania po prostu wyniosę. Gdybym miał propozycję sprzedania swojego głosu — nie zastanawiałbym się ani chwili. Cena wywoławcza: 1zł. Tyle jesteście dla mnie warci. Wszyscy, których nazwiska będą na listach.

Sprzedaję, wyrzucam, oddaję

7 września 2011, 19:07

Od tygo­dnia, codzien­nie, pozbywam się rzeczy, które teo­retycz­nie mi nie prze­szkadzają. Tylko teo­retycz­nie, bo nad dziesiątkami nachomikowanych sprzętów, akcesoriów i innych cudeniek tak naprawdę nie panuje się. To one zaczynają panować nad właścicielem. Prze­stają być zauważalne i zaczyna im się wydawać, że są nie do ruszenia. Takiego wała!
Monitory, telewizory, ubrania, części kom­puterów, książki, meble a nawet samo­chód. Koniec zbierac­twa, bo może kiedyś się przyda! Od wczoraj codzien­nie jedna wystawiona aukcja. To, za co nikt nie będzie chciał zapłacić a będzie miało szansę na nowe życie, wystawiam na gratyzchaty.pl czy na inne tego typu ser­wisy. Później leci do śmieci. Bezwzględnie i zdecydowanie!

Podobno jak się coś napisze to łatwiej to osiągnąć, dlatego poczyniłem powyższy wpis. aukcje.marcinwozniak.pl i śmiet­nik w okolicach N50° 40.954′, E17° 56.867′ — może znaj­dziecie tam coś faj­nego ;-)

Geocaching — when geeks go outside

27 marca 2011, 20:38

Fol­wark Amerykan

W lipcu roku pańskiego zeszłego natknąłem się na *to*. Genialne w swej prostocie, wciąga, wkręca, uzależnia. Wymusza jakąś aktywność fizyczną, wygania z domu, daje powody do szwędania się. Myślisz, że nic nie jest w stanie ode­rwać Cię od monitora? Też tak myślałem.
Definicji nie będę wklejał, bo jak pięknie by tego nie opisać, cała zabawa polega na wykorzystywaniu war­tych miliony dolarów satelitów do.. szukania plastikowych pudełek. Nie żebym kogoś chciał zniechęcić, ale nie da się przy tym nie ubrudzić, nie zmęczyć czy nie wku zdener­wować. Na całym świecie takich jak ja (u nie­których jest na pewno znacz­nie gorzej) jest pew­nie kil­kaset tysięcy. Emeryci, studenci, właściciele firm, całe rodziny. Zapewne większość nie potrafi odpowiedzieć dlaczego *to* robi.
Jutro minie 249 dni od mojej rejestracji na OCPL. Na licz­niku 249 znalezionych skrzynek (+ kilka w Czechach) and still coun­ting. Za mną takie atrak­cje jak komin, bun­kropodobne cuda czy Częstochowski Under­ground. A co przede mną? A kto to wie:) Na pewno “sezon” — ciepło i dłuższe dni.
Nie potrafię zdefiniować dlaczego każdy kolejny kesz jest bar­dziej interesujący od poprzed­niego. Prze­cież to tylko kolejne, brudne pudełko..

…bo czasami trzeba spróbować czegoś nowego

20 lutego 2011, 20:36

Odkąd pamiętam, jazda na nar­tach była dla mnie co naj­mniej nie­ciekawa — co niby przyjem­nego może być w założeniu na nogi dwóch desek i rzucenie się w dół mniej lub bar­dziej ośnieżonego pagórka? Całość imprezy często w tłoku, daleko od domu, mróz, wieje i jesz­cze trzeba za to całkiem niemało płacić. Mimo wszystko, obiecałem sobie, że spróbuję przed trzydziestką pókim młody. “Nadejszła wiekopomna chwyla”!
Jak już padła kon­kretna data i (prawie) kon­kretne miej­sce, zostawiłem jakieś 300zł w sklepie (posezonowa wyprzedaż!) żeby dupa i inne członki przetrwały warunki śniegowo-mrozowo-górskie. Na szczęście użyczono mi buty i narty, wywieziono w góry i udzielono instruktażu jak przemieścić się dół bez większego uszczerbku na zdrowiu. Upadki (z gracją, a jakże!) opanowałem we własnym zakresie. Po “zrobieniu” 1,5km na górce wśród rów­nie uzdol­nionych, młod(sz)ych ludzi, mając prze­konanie, graniczące z pewnością, że to prze­cież nie­trudne, zjechałem pokonałem odcinek nr 2 — 1,3km stoku oznaczonego kolorem nie­bieskim (mgła dodała odwagi;>). Miałem absolut­nie dosyć, z obolałym tyłkiem i bólem mięśni, których ist­nienia nawet nie podejrzewałem.
Na szczęście była jesz­cze wolna nie­dziela. Google podpowiedziało coś, co było zdecydowanie bar­dziej odpowied­nie dla kogoś, kto może i świet­nie upada, ale nie­koniecz­nie radzi sobie z ustaniem w ruchu dwudziestu sekund. Po trzecim zjeździe (tak, podglądałem innych, szczegól­nie tych bar­dzo nie­let­nich, których płci nie da się roz­poznać), załapałem jak to działa, w miarę opanowałem koor­dynację ruchową i z niewielką/średnią prędkością potrafiłem zjechać bez wywrotek. Kolejne dwa zjazdy poszły szyb­ciej, dosłownie.
Pod­sumowanie? Tak, spodobało mi się! Trochę zniechęciła mnie kolejka do wyciągu (dwadzieścia minut czekania aby zjeżdżać dwie-trzy minuty). Upadek przy spo­rej (jak na mój poziom ;-) ) prędkości pozostawił spo­rego siniaka na wysokości biodra, ale od tego się nie umiera prze­cież. W tym roku (raczej) odpuszczę kolejną próbę, ale na pewno w przyszłym roku narty założę. 

Domokrążcy w czarnych sukienkach

9 lutego 2011, 21:34


Nie znoszę jak mnie ktoś nachodzi. Nieważne kto — ojciec, bab­cia, sąsiadka czy świad­kowie jehowy (z małej litery, bo “chorzy psychicz­nie” też nie piszemy z wiel­kiej). Bar­dziej od nachodzenia nienawidzę tylko jed­nego — prób wpraszania się. Pewna zor­ganizowana grupa przestępcza organizuje co roku ogól­nopolską akcję nachodzenia, wpraszania się, szpiegowania i wyłudzania pieniędzy. Akcja ma kryp­tonim C+M+B.
“Chodzenie po kolędzie” kojarzy mi się źle odkąd pamiętam. Nigdy nie potrafiłem zro­zumieć po cholerę ksiądz pcha się do domu, po co odstawia szybką szopkę pt. “Pokój temu domowi!”, po co wypytuje co w szkole i na cholerę zostawia “święte” obrazki. Co więcej — właził z butami (dosłownie, czasem ze śnie­giem) i z ministran­tami, którzy z pieśnią na ustach machali skar­bonką. Za ten cyrk matka jesz­cze płaciła!
Na szczęście, od dziesięciu lat skutecz­nie się “migam” i żaden pan ksiądz mnie nie zagadywał. Nie mam na drzwiach żadnego C+M+B, nie mam wody święconej (wódki nawet tym­czasowo nie mam!), na ścianie żadnego świętego obrazka ani krzyża, więc na wstępie dostałbym +10 do bezbożności. Moje odpowiedzi na przy­gotowany zestaw pytań dodat­kowo dodałyby mi pięć punk­tów do tegoż współczynnika. Brak złamanego grosza czy nawet szyder­czego “Bóg zapłać!” na koniec wizyty dopełniłoby dzieła profanacji tzw. wizyty dusz­paster­skiej.
Śmiem twier­dzić, że połowa odwiedzin “kolędowych” jest drętwym przed­stawieniem. W większości przy­pad­ków nie mówi się księdzu prawdy lub się ją zataja a spora część osób przyj­muje księdza “bo wypada”. Dobrze wychodzi na tym jedynie ksiądz, który sobie całkiem przy­zwoitą “trzynastą” pensję uzbiera.
Czy nie lepiej, drodzy dusz­pasterze, nie narzucać innym swojej osoby? Czyż nie lepiej byłoby odwiedzać tylko tych, którzy na wizytę czekają i właśnie nim poświęcić więcej czasu niż kilka minut? Robiąc “kolędę” w obec­nie prak­tykowany spo­sób stawiacie się w jed­nym rzędzie ze sprzedaw­cami ziem­niaków, ostrzażami nożyczek i świad­kami jehowy. Mniej szkodliwi (tak po ludzku) są nawet roz­nosiciele ulotek..

Coroczne mydlenie oczu czyli WOŚP 2011

9 stycznia 2011, 13:13

Fot. PAP

“Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagra 9.1 po raz..”. Z każdej strony dobiegają ochy i achy pod adresem Pana Jerzego. Każdy, kto ośmieli się podważyć jego wspaniałość zostaje zalany hek­tolitrami jadu przez tych, którzy naiw­nie wierzą w każdego jego słowo. Moja niechęć do człowieka w żółtej koszuli podobna jest do braku sym­patii do gości w czar­nych sukien­kach, ale to już historia na osobną notkę. Praw­dziwych pieniędzy on i tak nie zbiera ani nie liczy.
Pieniądze dla Jurka zbierają wolon­tariusze. Mają zaplom­bowane skar­bonki, iden­tyfikatory i ser­duszka. Idą w miasto — pod kościoły, mar­kety, gdziekol­wiek — byle nazbierać jak najwięcej. Kwestujący od rana do wieczora, w śred­nim mieście, uzbiera spo­koj­nie 500zł żywej gotówki. Zanim utarg zaniesie do sztabu, może pójść do domu i zabrać 400zł. Mówiąc wprost — ukraść. Ban­derole, plomby na puszce? “Ojej, zerwana? To chyba jak ta bab­cia tak mocno wciskała pieniądze!”. Prze­cież nikt nie spraw­dza przeszłości tzw. wolon­tariusza — jestem prze­konany, że procent zbierających, którzy zapisują się z zamiarem zarobienia łatwych pieniędzy to liczba dwucyfrowa. Dodając do tego tych, których skusi okazja i przy pomocy drucika wyciągną sobie bank­not 50zł otrzymamy dobre 20% nie­uczciwych, bez­kar­nych żołnierzy spod znaku czer­wonego ser­duszka. Oczywiście to wszystko przy założeniu, że liczący zawartość skar­bonek też nie wychodzą z wypchanymi kieszeniami. Bez­karność jest tak wielka, że podej­rzewam, że sam mógłbym się zapisać, dostać plakietkę i puszkę, zabrać sobie 90% zawartości i napisać tutaj, że z okazji WOŚP 2011 zarobiłem kilka złotych. Poza szeroko pojętym potępieniem społecznym (hue, hue), nic mi nie grozi.
Wiel­kie oburzenie wywołał fakt, że Maleńczuk chce pieniądze na występ. Chce, bo nie jest idiotą i nie wierzy w cudowność orkiestry, która to przed­stawiana jest we wszyst­kich mediach. Chce, bo nie będzie mydlił oczu ludziom, mówiąc, że to charytatywne przedsięwzięcie. Najwyższy czas zacząć trak­tować WOŚP jako kor­porację. Kor­poracja zarabia (a i owszem), ale też uczciwie płaci tym, którzy przy­czynili się do zebrania pieniędzy. Ludziom marznącym ze skar­bon­kami wypada wynagrodzić ten trud. Podej­rzewam wręcz, że gdyby każdy z nich dostał 10% z tego, co uzbierał to orkiestra ugrałaby łącznie co naj­mniej 5% więcej.

Hello, blog

7 stycznia 2011, 14:17

Z okazji wczoraj­szego, nowego, wiel­kiego święta, postanowiłem nieco odświeżyć blogaska. Czy facelifting themelifting będzie miał jakikol­wiek wpływ na per­manentne zakurzanie tegoż pamiętnika (sic!) ? Czy szablon Pana Ahmada z Indonezji wniesie odrobinę świeżości? Czy usunięcie reklam sprawi, że będę przy­mierał głodem?

Odpowiedź na te, oraz inne, nurtujące Cię, Drogi Czytel­niku, pytania, już w tym roku!



(też nie mogę się doczekać)

Zalegalizować dopalacze!!!1

3 października 2010, 07:30

Fot. PAP/Grzegorz Michałowski

Fot. PAP/Grzegorz Michałowski


To, że dopalacze to zwykłe dragi jest rzeczą oczywistą. Kolorowe tablety, proszki czy płyny (nie wiem w jakiej for­mie to-to występuje) można nazwać “materiałami kolek­cjoner­skimi” i żaden idiota — poza urzędnikami, którzy mają zasłonięte oczy dziurawymi prze­pisami — w to nie uwierzy. Szanowny rząd postanowił “brutal­nie roz­prawić się” z rzeczonymi specyfikami, tłumacząc swoją decyzję ochroną dzieci i młodzieży. Po co?!
Na świecie jest mnóstwo ludzi, którzy są słabsi, głupsi i mówiąc wprost — do odstrzału. Kiedyś tacy zdychali z głodu albo z innych powodów, ot naturalna kolej rzeczy. Teraz Pan Tusk krzyczy, że nie pozwoli zabijać “młodych obiecujących ludzi”. Czyś Ty się, Donal­dzie, prochów Jarosława nawciągał?! Jeśli gów­niarz, który dziś kupuje i w siebie aplikuje takie cudowne specifiki ma być przyszłością tego narodu to na starość przyj­dzie mi się spakować i wyjechać chociażby na Ukrainę. Jeśli małolat jest pełnoletni to (teo­retycz­nie) decyduje za siebie — jeśli chce wciągać gówno, niech to robi i zdycha pod płotem. Jeśli nie ma jesz­cze tej magicz­nej osiem­nastki to naj­pierw niech zdychają jego rodzice, bo nie zasługują na bycie nimi, wychowując kolejne pokolenie półmózgów.
Kiedyś “modne” było wąchanie kleju — podobno uzależniało i robiło dziury w mózgu. Dziś nie trzeba nic wąchać tylko wejść do kolorowego sklepu. Tym­czasem dopalacze powinny być legalne, stać na półce z papierosami i alkoholem a Państwo powinno dowalić do tego cuda solidną akcyzę żeby zarobić na leczenie tych, którzy mają jed­nak zbyt silny organizm żeby zdechnąć. Ist­nieje tysiące spo­sobów na zabicie się powszech­nie dostępnymi środ­kami. Za darmo. Jeśli ktoś chce zapłacić komuś za swoje samobój­stwo — niech to robi. Ludzi będzie mniej, ale tych myślących zostanie dokładnie tyle samo.

Przepis na prezydenta

9 maja 2010, 18:56

“Wybory w Pol­sce obec­nie prze­prowadza się dla wyboru Prezydenta RP (wybory prezydenc­kie), (…). Za organizację i prze­bieg wyborów odpowiada w Pol­sce Państwowa Komisja Wybor­cza wraz z jej organem wykonaw­czym – Krajowym Biurem Wyborczym.”

(za Wikipedią). Tak jest w teo­rii. Demokratycz­nie. Tym­czasem wybory w prak­tyce wyglądają zupełnie inaczej.

Grupka dzien­nikarzy z telewizji X wybiera swojego (dosłownie!) kan­dydata, telewizja Y — swojego. Aby show nie skończył się nokautem w pierw­szej run­dzie — kan­dydatów musi być dwóch. Nikomu* nie zależy prze­cież na tym, żeby ten cyrk nazywany wyborami zakończył się zbyt szybko — można nieźle przy­robić na reklamach (zwanych nie wiedzieć dlaczego spo­tami), więc tylko idiota nie przeciągałby tego przed­stawienia jak najdłużej. Telewizje mają zaprzyjaźnione mniej­sze stacyjki radiowe i telewizyjne, które z pokorą “łykają” narzucone z góry wyniki sondaży, spekulacji i wróżenia z gwiazd. Przez wszyst­kie przy­padki odmienia się dwa nazwiska, reszta ma robić za tło — wyborcy ma się wydawać, że wszystko jest po demokratycz­nemu. Oczywiście każdemu zapali się w końcu światełko, że tak naprawdę warto głosować na jed­nego z dwóch, bo reszta “i tak nie ma szans”.
Roześmiany Bronek i “po trupach do celu” Jarek mogliby pal­cem nie kiwnąć — media ich wybrały i tyle. Reszta natomiast, choćby miała naj­lep­sze kiełbasy wybor­cze, nie będzie miała szansy aby wyborcy tę kiełbasę przy­naj­mniej powąchali.
Jeśli przed drugą turą media nie dogadają się ws. wspól­nego kan­dydata — będzie chaotyczna walka na noże, publiczne pranie brudów i teczek, pod­pieranie się Smoleńskiem — jed­nym słowem rywalizacja na poziomie dwóch bloker­sów. Ludzie się zmęczą, do urn pójdą nie­liczni, a wygra ten, który mniej razy da się sprowokować, czyli Bronek. 

Aby wybory były uczciwe i naprawdę demokratyczne wystarczą dwa posunięcia:

  • Wyłączyć możliwość kupowania czasu antenowego, spo­tów, bil­bor­dów i innych form reklamy kan­dydatów skutecz­nie — wyrówna się szanse bar­dzo bogatych i bogatych (gołodupiec prezyden­tem nie zostanie, nie oszukujmy się) 
  • Zakazać publikowania wyników sondaży — unik­nie się sugerowania ludziom któregokol­wiek ze startujących. 

Po jaką cholerę ta cała szopka? TVN potrafi zor­ganizować ‘You can dance’, jakaś inna stacja (Pol­sat?) ‘Idola’, TVP też ma (miała?) chociażby ‘Jed­nego z dziesięciu’ — czy tak trudno dać równe szanse wszyst­kim kan­dydatom? Nie chodzi o to żeby Napieral­ski tańczył rumbę z Senyszyn czy aby Olechow­ski śpiewał Franka Sinatrę. Ale niech pokażą, że mają pomysł i że się nadają! Nawet niech będzie jakieś jury (poprzez analogię do wspo­mnianych programów), niech sobie siądzie Olej­nik obok Pudziana, Kononowicza i Rubika! Niech robią show, naciskają przy­ciski, pod­noszą tabliczki czy łapią się za głowy. Ludziom się spodoba i *sami* po kilku przed­stawieniach wybiorą *swojego* faworyta!
Założę się, że po takich kon­fron­tacjach Komorow­ski mógłby zostać najwyżej wój­tem w Wil­kowyjach a Kaczyński kustoszem. Na Wawelu. 

…zróbmy więc żałobę jakiej nie przeżył nikt…

13 kwietnia 2010, 23:30

Każda nacja ma swoje tragedie. Jed­nym trafiają się małe nieszczęścia, inni regular­nie cały świat się wali. Trudno doszukiwać się w tym wszyst­kim sprawiedliwości bożej czy jakiej­kol­wiek innej nad­przyrodzonej — ot nie­zbyt udane zbiegi okoliczności, skumulowany przy­padek, głupota ludzka. Wzięło i dopadło to było ludzi, którzy mar­tyrologię dziedziczą od dziesiątek pokoleń i ślepo się w niej taplają, jak tylko pojawi się jakiś pretekst.
Nieżyjący prezydent uwiel­biał żałoby. Autobus w przepaści, wypadek na budowie czy pożar w hotelu wystarczyły aby opuścić flagę do połowy masztu. Nie było to bez­celowe — Leszek głupi nie był, dobrze wiedział o zamiłowaniu do cier­pien­nic­twa wśród narodu, który go wybrał. Nie zarzucam mu braku tzw. serca czy tego, że kierował się wyrachowaniem i interesem własnym wyłącznie. Świet­nie przy­gotował grunt pod żałobę — o ironio — po sobie samym.
Pol­ska jest krajem rzekomo katolic­kim. Szacunek dla zmarłych należy się każdemu, niezależnie czy jest prezyden­tem, który nieszczęśliwie nie wylądował czy bez­dom­nym, który zamarzł na ławce w parku. Trudno się z tym nie zgodzić. Trudno nie zgodzić się rów­nież tym, że osoba publiczna ma więcej “znajomych” i więcej ludzi w jakiś spo­sób się z nią iden­tyfikuje. Nie oczekuję, że fakt tragicz­nej śmierci urzędującego będzie bez echa. Kto chce niech sobie pali świeczki, modli się, płacze. Każdy ma prawo do przeżywania tegoż wydarzenia “po swojemu”, każdy ma własne sumienie prze­cież.
Od sobot­niego poranka minęło osiemdziesiąt godzin. Statystycz­nie każdy miał co naj­mniej osiem na przemyślenia, żałobę, wspo­mnienia etc. I wystar­czy każdemu, ze spo­rym zapasem nawet. Prze­znaczenie większej ilości czasu sprawia, że ludziom zaczyna odbijać. Zaczyna się ślepy wyścig, kto lepiej, kto bar­dziej, kto szyb­ciej, kto głośniej. Msze, kazania, zniczo-palenie — okej. Kon­dukty żałobny numer jeden, numer dwa (ciekawe ile ich jesz­cze będzie?), nocne czuwania przy księgach kon­dolen­cyj­nych. W telewizji nic, w radiu — nic, Inter­net czarno-biały. Nosz kurwa! Chcemy więcej! Pochowajmy Kaczyńskich na Wawelu! Albo nie — serce na Wawelu, głowa w Smoleńsku, reszta na Powązkach, lewą dłoń wstawmy w gablotę, prawą Putinowi, niech ma w podzięce. Wydajmy dwadzieścia milionów na pokazówkę, bo kto bogatemu (?) zabroni żałoby?! Co by tu jesz­cze.. Aaaaa! Stadion Narodowy! Niech będzie Kaczyńskiego. Później beatyfikacja, pomniki w brązie?
Żałoba ma trwać tydzień. Bite siedem dni. Na półmetku mam wrażenie, że mózgi w Pol­sce zostały wyłączone. Jakby nie mieli większych zmar­twień, nie mieli czym się zająć czy chcieli naj­zwyczaj­niej zabłysnąć. Jestem w stanie zro­zumieć wywieszanie flag w instytucjach publicz­nych, ale świeczki w oknach z fot­kami prezia to już żenada. Nikt nawet nie pomyśli aby chociaż na moment zatrzymać tę szopkę, bo zabrnęła za daleko. Cała para idzie w gwiz­dek, który roz­dmuchuje i roz­drapuje, za chwilę to wszystko zmieni się w przepełnione agresją szukanie i piętnowanie win­nych. A wcale nie zdziwię się jeśli za miesiąc okaże się, że cała katastrofa była niczym innym jak ludobój­stwem z inicjatywy naszego opłakiwanego przy­wódcy, który będzie już wtedy miał wszyst­kie możliwe ordery i wyróżnienia. Nie do końca w to wierzę żeby taka “prawda” światło dzien­nie ujrzała, bo wtedy historycy musieliby włożyć tego człowieka gdzieś między Hitlera a Jaruzelskiego…

« Starsze wpisy

Top of page