Archive for the ‘ bez kategorii ’ Category

…bo czasami trzeba spróbować czegoś nowego

niedziela, Luty 20th, 2011

Odkąd pamiętam, jazda na nar­tach była dla mnie co naj­mniej nie­ciekawa — co niby przyjem­nego może być w założeniu na nogi dwóch desek i rzucenie się w dół mniej lub bar­dziej ośnieżonego pagórka? Całość imprezy często w tłoku, daleko od domu, mróz, wieje i jesz­cze trzeba za to całkiem niemało płacić. Mimo wszystko, obiecałem sobie, że spróbuję przed trzydziestką pókim młody. “Nadejszła wiekopomna chwyla”!
Jak już padła kon­kretna data i (prawie) kon­kretne miej­sce, zostawiłem jakieś 300zł w sklepie (posezonowa wyprzedaż!) żeby dupa i inne członki przetrwały warunki śniegowo-mrozowo-górskie. Na szczęście użyczono mi buty i narty, wywieziono w góry i udzielono instruktażu jak przemieścić się dół bez większego uszczerbku na zdrowiu. Upadki (z gracją, a jakże!) opanowałem we własnym zakresie. Po “zrobieniu” 1,5km na górce wśród rów­nie uzdol­nionych, młod(sz)ych ludzi, mając prze­konanie, graniczące z pewnością, że to prze­cież nie­trudne, zjechałem pokonałem odcinek nr 2 — 1,3km stoku oznaczonego kolorem nie­bieskim (mgła dodała odwagi;>). Miałem absolut­nie dosyć, z obolałym tyłkiem i bólem mięśni, których ist­nienia nawet nie podejrzewałem.
Na szczęście była jesz­cze wolna nie­dziela. Google podpowiedziało coś, co było zdecydowanie bar­dziej odpowied­nie dla kogoś, kto może i świet­nie upada, ale nie­koniecz­nie radzi sobie z ustaniem w ruchu dwudziestu sekund. Po trzecim zjeździe (tak, podglądałem innych, szczegól­nie tych bar­dzo nie­let­nich, których płci nie da się roz­poznać), załapałem jak to działa, w miarę opanowałem koor­dynację ruchową i z niewielką/średnią prędkością potrafiłem zjechać bez wywrotek. Kolejne dwa zjazdy poszły szyb­ciej, dosłownie.
Pod­sumowanie? Tak, spodobało mi się! Trochę zniechęciła mnie kolejka do wyciągu (dwadzieścia minut czekania aby zjeżdżać dwie-trzy minuty). Upadek przy spo­rej (jak na mój poziom ;-) ) prędkości pozostawił spo­rego siniaka na wysokości biodra, ale od tego się nie umiera prze­cież. W tym roku (raczej) odpuszczę kolejną próbę, ale na pewno w przyszłym roku narty założę. 

Domokrążcy w czarnych sukienkach

środa, Luty 9th, 2011


Nie znoszę jak mnie ktoś nachodzi. Nieważne kto — ojciec, bab­cia, sąsiadka czy świad­kowie jehowy (z małej litery, bo “chorzy psychicz­nie” też nie piszemy z wiel­kiej). Bar­dziej od nachodzenia nienawidzę tylko jed­nego — prób wpraszania się. Pewna zor­ganizowana grupa przestępcza organizuje co roku ogól­nopolską akcję nachodzenia, wpraszania się, szpiegowania i wyłudzania pieniędzy. Akcja ma kryp­tonim C+M+B.
“Chodzenie po kolędzie” kojarzy mi się źle odkąd pamiętam. Nigdy nie potrafiłem zro­zumieć po cholerę ksiądz pcha się do domu, po co odstawia szybką szopkę pt. “Pokój temu domowi!”, po co wypytuje co w szkole i na cholerę zostawia “święte” obrazki. Co więcej — właził z butami (dosłownie, czasem ze śnie­giem) i z ministran­tami, którzy z pieśnią na ustach machali skar­bonką. Za ten cyrk matka jesz­cze płaciła!
Na szczęście, od dziesięciu lat skutecz­nie się “migam” i żaden pan ksiądz mnie nie zagadywał. Nie mam na drzwiach żadnego C+M+B, nie mam wody święconej (wódki nawet tym­czasowo nie mam!), na ścianie żadnego świętego obrazka ani krzyża, więc na wstępie dostałbym +10 do bezbożności. Moje odpowiedzi na przy­gotowany zestaw pytań dodat­kowo dodałyby mi pięć punk­tów do tegoż współczynnika. Brak złamanego grosza czy nawet szyder­czego “Bóg zapłać!” na koniec wizyty dopełniłoby dzieła profanacji tzw. wizyty dusz­paster­skiej.
Śmiem twier­dzić, że połowa odwiedzin “kolędowych” jest drętwym przed­stawieniem. W większości przy­pad­ków nie mówi się księdzu prawdy lub się ją zataja a spora część osób przyj­muje księdza “bo wypada”. Dobrze wychodzi na tym jedynie ksiądz, który sobie całkiem przy­zwoitą “trzynastą” pensję uzbiera.
Czy nie lepiej, drodzy dusz­pasterze, nie narzucać innym swojej osoby? Czyż nie lepiej byłoby odwiedzać tylko tych, którzy na wizytę czekają i właśnie nim poświęcić więcej czasu niż kilka minut? Robiąc “kolędę” w obec­nie prak­tykowany spo­sób stawiacie się w jed­nym rzędzie ze sprzedaw­cami ziem­niaków, ostrzażami nożyczek i świad­kami jehowy. Mniej szkodliwi (tak po ludzku) są nawet roz­nosiciele ulotek..

…zróbmy więc żałobę jakiej nie przeżył nikt…

wtorek, Kwiecień 13th, 2010

Każda nacja ma swoje tragedie. Jed­nym trafiają się małe nieszczęścia, inni regular­nie cały świat się wali. Trudno doszukiwać się w tym wszyst­kim sprawiedliwości bożej czy jakiej­kol­wiek innej nad­przyrodzonej — ot nie­zbyt udane zbiegi okoliczności, skumulowany przy­padek, głupota ludzka. Wzięło i dopadło to było ludzi, którzy mar­tyrologię dziedziczą od dziesiątek pokoleń i ślepo się w niej taplają, jak tylko pojawi się jakiś pretekst.
Nieżyjący prezydent uwiel­biał żałoby. Autobus w przepaści, wypadek na budowie czy pożar w hotelu wystarczyły aby opuścić flagę do połowy masztu. Nie było to bez­celowe — Leszek głupi nie był, dobrze wiedział o zamiłowaniu do cier­pien­nic­twa wśród narodu, który go wybrał. Nie zarzucam mu braku tzw. serca czy tego, że kierował się wyrachowaniem i interesem własnym wyłącznie. Świet­nie przy­gotował grunt pod żałobę — o ironio — po sobie samym.
Pol­ska jest krajem rzekomo katolic­kim. Szacunek dla zmarłych należy się każdemu, niezależnie czy jest prezyden­tem, który nieszczęśliwie nie wylądował czy bez­dom­nym, który zamarzł na ławce w parku. Trudno się z tym nie zgodzić. Trudno nie zgodzić się rów­nież tym, że osoba publiczna ma więcej “znajomych” i więcej ludzi w jakiś spo­sób się z nią iden­tyfikuje. Nie oczekuję, że fakt tragicz­nej śmierci urzędującego będzie bez echa. Kto chce niech sobie pali świeczki, modli się, płacze. Każdy ma prawo do przeżywania tegoż wydarzenia “po swojemu”, każdy ma własne sumienie prze­cież.
Od sobot­niego poranka minęło osiemdziesiąt godzin. Statystycz­nie każdy miał co naj­mniej osiem na przemyślenia, żałobę, wspo­mnienia etc. I wystar­czy każdemu, ze spo­rym zapasem nawet. Prze­znaczenie większej ilości czasu sprawia, że ludziom zaczyna odbijać. Zaczyna się ślepy wyścig, kto lepiej, kto bar­dziej, kto szyb­ciej, kto głośniej. Msze, kazania, zniczo-palenie — okej. Kon­dukty żałobny numer jeden, numer dwa (ciekawe ile ich jesz­cze będzie?), nocne czuwania przy księgach kon­dolen­cyj­nych. W telewizji nic, w radiu — nic, Inter­net czarno-biały. Nosz kurwa! Chcemy więcej! Pochowajmy Kaczyńskich na Wawelu! Albo nie — serce na Wawelu, głowa w Smoleńsku, reszta na Powązkach, lewą dłoń wstawmy w gablotę, prawą Putinowi, niech ma w podzięce. Wydajmy dwadzieścia milionów na pokazówkę, bo kto bogatemu (?) zabroni żałoby?! Co by tu jesz­cze.. Aaaaa! Stadion Narodowy! Niech będzie Kaczyńskiego. Później beatyfikacja, pomniki w brązie?
Żałoba ma trwać tydzień. Bite siedem dni. Na półmetku mam wrażenie, że mózgi w Pol­sce zostały wyłączone. Jakby nie mieli większych zmar­twień, nie mieli czym się zająć czy chcieli naj­zwyczaj­niej zabłysnąć. Jestem w stanie zro­zumieć wywieszanie flag w instytucjach publicz­nych, ale świeczki w oknach z fot­kami prezia to już żenada. Nikt nawet nie pomyśli aby chociaż na moment zatrzymać tę szopkę, bo zabrnęła za daleko. Cała para idzie w gwiz­dek, który roz­dmuchuje i roz­drapuje, za chwilę to wszystko zmieni się w przepełnione agresją szukanie i piętnowanie win­nych. A wcale nie zdziwię się jeśli za miesiąc okaże się, że cała katastrofa była niczym innym jak ludobój­stwem z inicjatywy naszego opłakiwanego przy­wódcy, który będzie już wtedy miał wszyst­kie możliwe ordery i wyróżnienia. Nie do końca w to wierzę żeby taka “prawda” światło dzien­nie ujrzała, bo wtedy historycy musieliby włożyć tego człowieka gdzieś między Hitlera a Jaruzelskiego…

Jak NIE ubierać się w lecie

sobota, Lipiec 18th, 2009

Nie­zmien­nie od lat kilku obser­wuję ludzi obcych i mniej obcych pod kątem m.in. stroju. O ile jesz­cze w miesiącach, w których tem­peratura nie prze­kracza 20°C jest “w miarę”, to praw­dziwe dramaty ubraniowe roz­grywają się na ulicach i plażach kiedy zaczyna “grzać”.

Panowie
Faceci nie popełniają tylu ubraniowych wykroczeń, więc od nich zacznę. Absolutny hit to skar­petki. Sandały, klapki czy japonki (!) w połączeniu ze skar­petami to widok żenujący. Nie skąd u nie­których sam­ców takie zamiłowanie do ubierania tego kawałka materiału na stopy, ale jestem prze­konany, że owa grupa w skar­pet­kach rów­nież sypia i seks uprawia. Koszule i T-shirty to kolejne pole do popisu dla panów. Jak już macie gąszcz włosów na klacie to, do cholery, niech Wam to nie wystaje spod rozpiętego kołnierzyka! Włosy na ramionach i plecach to nie powód żeby je eks­ponować spod koszulki bez rękawów. Jeśli macie bęben tak wielki, że koszulka go nie zakrywa to kup­cie sobie większą/dłuższą, bo widok sadła wystającego spod t-shirta jest rów­nie obleśny jak pokazywanie spo­conego “rowa” znad opadających gaci.

Panie
Tutaj jest taka masakra, że nie wiem od czego zacząć. Buty to chyba coś, co kobieta mimo wszystko dobierze sobie naj­lepiej. Nikt poza Nelly Rokitą nie ubierze skar­petek frotte do szpilek, chociaż kozaczki w lipcu też widywałem. Spodnie dobierz­cie do swojego wieku i postury a jak już musicie/chcecie pokazać nogi to je przy­naj­mniej ogol­cie i sym­bolicz­nie opal­cie. Jak chcecie bar­dzo prześwitujące, białe gacie to kup­cie sobie jakieś białe majty, które nie będą pod nimi wyglądały idiotycz­nie i obleśnie. Camel­toe nie­koniecz­nie jest sek­sowny a już na pewno nie wygląda dobrze na ulicy. Stringi wystające znad spodni czy spód­nicy są trendy najwyżej na wiej­skich dys­kotekach i na pewno nikogo na to nie wyrwiecie. Nagmin­nie nosicie za małe staniki, cycki się wam “wylewają” górą.. Jeśli macie małe cycki to nie ściskaj­cie ich stanikami na siłę, bo większe wydadzą się najwyżej wam i małej ilości facetów. I, do cholery, ubieraj­cie się odpowied­nio do swojej budowy! Absolut­nie każda kobieta może ubrać się tak, żeby wyglądać dobrze, sek­sow­nie itd. A jak wciśniecie się w bluzkę o dwa roz­miary za małą albo pokażecie swoje patykowate nogi łącznie z płaskimi pośladkami to nie dziw­cie się, że ludzie będą na was zwracać uwagę.. pukając się w czoło.

Makijaże, mejk apy, tapety

niedziela, Styczeń 25th, 2009

W cywilizowanym świecie (pomijając artystów i osoby, które mają nie do końca zdefiniowaną płeć) malują się wyłącznie kobiety. Malują się żeby ładniej wyglądać? Nic bar­dziej myl­nego! Obserwując dam­skie buzie, twarze, gęby i mordy mam wrażenie, że niezależnie od wieku, zasobności port­fela i urody nie potrafią się pomalować. Make-up idealny i bar­dzo dobry można zrobić wyłącznie w photoshopie, o czym większość przed­stawicielek płci pięknej wydaje się nie mieć pojęcia. Codzienne “sesje” przed lustrem trak­tują jak tworzenie dzieła sztuki ze swojej twarzy. Wyrywanie brwi (żeby je za chwilę narysować milimetr wyżej), war­stwa pudru (żeby twarz była matowa jak ściana), cień do powiek (za cholerę nie wiem po co je malować), tusz do rzęs (który facet zwróci uwagę na rzęsy?!) i szminka/błyszczyk (zjedzone po dwóch minutach). Efekty? Na jedną “w miarę dobrze” umalowaną kobietę przy­pada pięć pomalowanych “nijako”, trzy “bez­nadziej­nie” i jedna “tragicz­nie”. Może i każde z tych “malowideł” czuje się lepiej, ale na pewno większość nie wygląda korzyst­niej. Jeśli “sześćdziesiątka” maluje sobie twarz “od nowa” to pół biedy — nie ma już nic do stracenia. Gorzej jak maluje się małolatka — naj­pierw żeby wyglądać “doroślej”, później żeby wyglądać “w ogóle”, bo sama sobie wmawia, że jej praw­dziwa twarz to kupa.
Zamiast pakować setki złotych w te wszyst­kie specyfiki, kup­cie sobie bluzkę z dekol­tem i fajną bieliznę. Nastrój poprawi to podob­nie jak makijaż a przy okazji real­nie zwiększycie swoje notowania u sam­ców :)

Kryzys dotknął również bloga

środa, Styczeń 21st, 2009

Mam dwanaście (liczbą: 12) rozpoczętych wpisów, których zapewne nigdy nie dokończę — wena odchodzi mniej więcej po pięciu zdaniach a w ter­minie późniejszym nie chce mi się wracać już do czegoś i przy­pominać sobie co miałem na myśli. Nie pomaga piwo (ani wielo­krotność tegoż), nie pomagają inne specyfiki alkoholizujące. Wszyscy dookoła, łącznie z ciśnieniem, mają depresję totalną. W takich chwilach wrodzony optymizm chuj członek strzela i włącza się tryb marudzenia. Jak starej babie, kurwa. Blue mon­day trwa trzeci dzień! 

Żeglar­ski nos T. zwietrzył dziś wiosnę, jest nadzieja.

Ślunsko godka

poniedziałek, Styczeń 12th, 2009

Większość osób kojarzy Śląsk z Katowicami i z gór­nikami. Nie­którzy jesz­cze znają Kabaret Rak, ew. Ber­cika z serialu TV, którego nazwy nie potrafię sobie w tej chwili przy­po­mnieć. Ci kom­plet­nie nie­kumaci wrzucają do jed­nego wora Śląsk Dolny, Górny i Opol­ski, dorzucają Górali, Sosnowiec a nawet Częstochowę.
Na jed­nej z opol­skich wiosek “zaliczyłem” pod­stawówkę. Pamiętam jak szokujące było zderzenie z rówieśnikami, którzy używali dziw­nych słów (giskana, ajmer czy koło) i nie znali wyrazów dziadek, ziem­niak czy pra­sowanie. W końcu ktoś mnie uświadomił, że tacy jak ja to Hadziaje a cała reszta (czyt. większość) to Hanysi. Wikipedia bzdury na ten temat wypisuje, więc zain­teresowanym wyjaśniam, że Hadziaj=ktoś, kto ma “ołmę” i “ołpę” a nie babcię i dziadka:) Nazwanie rdzen­nego Ślązaka “Hadziajem” to dla niego największa obraza i dostaje się za to w mordę bez słowa:)
Pochodziłem do szkoły, pograłem w piłkę (właściwie to “pogrołeh w bala”) ze dwa lata i na tyle przesiąkłem tym wszyst­kim, że zacząłem mówić po śląsku — to gwarantowało o wiele lep­sze zro­zumienie;) Co ciekawe, po prawie dziesięciu latach bez kon­taktu z gwarą, dalej mógłbym być śląskim native speakerem (w górnośląskim musiałbym się doszkolić, bo to trochę inna bajka).
Winc wjicie, jakbyście kiedy nie rozum­jili co do wos podajom — pytej­cie mnie. Jak potrzebujycie sie łozprawić z jakunś ołmum to musicie prosto i pomału godać. “Mocie śklunka munki na kołoc do kafeju pozycyc?” ban­dzie dobrze, ale jak powycie “Prze­praszam, czy pożyczy Pani szklankę mąki na ciasto do kawy?” to ołminka sie za łeb chyci i ze chałpy poguni a munki wum nie do.

Czy tu jest jeszcze Polska?

wtorek, Styczeń 6th, 2009

To pytanie zadał Maciej Maleńczuk na początku swojego kon­certu pod­czas kon­certu zor­ganizowanego w Piastonalia kilka lat temu. W odpowiedzi były gwizdy i puszki piwa latające w kierunku sceny. Skan­dal — to słowo najczęściej opisywało zachowanie artysty. Wielce urażeni studenci a za nimi “zszokowani” dzien­nikarze roz­dmuchali sprawę jak tylko się dało a na kolej­nym festiwalu “fani” przy­witali Maleńczuka gwiz­daniem i agresyw­nymi okrzykami.
Bez­pod­stawna prowokacja czy całkiem zasadne, retoryczne pytanie? Pierwszą wersję wybiorą ci, którzy nigdy (lub dawno) przez Opolsz­czyznę nie przejeżdżali, ci, którzy zmieniają narodowość jak chorągiewka i ludzie, którym wszystko jedno. Pozostali, którzy mają oczy i głowę na karku potrak­tują to jako ironiczne pytanie. Bo jak zareagować jeśli widzi się dwujęzyczne tablice miejscowości, słyszy o mszach w j. nie­miec­kim (nazywanym lokal­nie językiem serca) czy czyta o nauczaniu nie­miec­kiego jako języka ojczystego w pod­stawów­kach? Napis “Herz­lich Wil­l­kom­men!” chyba częściej widzi się w wojewódz­twie opol­skim niż w nie­których nie­miec­kich lan­dach.
Wraz z Nowym Rokiem ruszyła akcja wymiany tablic miejscowości. Może ktoś się lepiej poczuje widząc nazwę swojej miejscowości w języku zachod­nich sąsiadów, ale czy z obiek­tyw­nego punktu widzenia nie są to publiczne pieniądze wyrzucone w błoto?

(Nie­które tablice postawione 02.01.2009 mają już dziś zamalowaną sprajem nie­miecką wersję nazwy. Do końca miesiąca zapewne zamalują wszyst­kie, co jest całkiem uzasadnione.)

Imięnazwisko PeeL

wtorek, Grudzień 23rd, 2008

Dawno, dawno temu, kiedy nie było jesz­cze neo­strady ani gadu gadu, mało kto posługiwał się w Inter­necie praw­dziwym imieniem i nazwiskiem. Królowały nick­nejmy, bez pol­skich fon­tów, spacji i max. dziewięcioliterowe (ograniczenie na wów­czas bar­dzo popular­nym IRC­Necie). W for­mularzach róznorakich w pole oznaczone ‘nazwisko’ wpisywało się cokol­wiek. Nick był jak drugie nazwisko, które obowiązywało w wir­tual­nym świecie równoległym. Ludzie nie znali swoich imion (jak zwierzęta!), bo były w grun­cie rzeczy nieistotne. Nieważne czy ktoś miał piętnaście czy czterdzieści lat.
Całkiem nie­dawno, sam nie wiem kiedy, pojawiła się moda na eks­ponowanie swoich praw­dziwych imion i nazwisk. Obciachem stały się adresy mailowe typu stokrotka@wp.pl czy pysia@po.opole.pl (pozdrawiam z tego miej­sca p. Zatwar­nicką, właścicielkę owego adresu). Sam założyłem w 2004 roku konto na — elitar­nym wów­czas, bo tylko na zaproszenie — gmailu, w for­macie marcin.wozniak@. Mniej więcej wtedy e-mail stał się rów­nie oficjalną formą komunikacji jak fax czy forma listowna. Pozycja ‘e-mail’ stała się wręcz obowiązkowa w CV.
W tej chwili musem staje się własna domena w for­macie imięnazwisko.pl i wyczesana strona inter­netowa. Naj­lepiej jakby wyskakiwała jako pierw­szy wynik po wpisaniu danych osobowych w google. Ot takie budowanie wizerunku w prosty i stosun­kowo tani spo­sób. Zazwyczaj robi się to ‘na serio’, bar­dzo oficjal­nie a literówka lub — broń BORze* — błąd ortograficzny dys­kwalifikują delikwenta na długo.
Strzeliłem sobie taką domenę trzy lata temu, zrobiłem jakąś pseudooficjalną stronę, z której przestałem być zadowolony gdzieś godzinę po opublikowaniu. Przeniosłem bloga tutaj odcinając się w pewien spo­sób od nicka. Używam go w nie­których ser­wisach (blip, digart) lub forach, ale coraz częściej jako iden­tyfikator podaję ‘mwoz’ lub ‘mwozniak’.
Z nic­ków się wyrasta. Po iluś tysiącach godzin spędzonych w Inter­necie staje się on częścią świata rzeczywistego. Jestem prze­konany, że królewna w końcu w pole ‘imię’ zacznie wpisywać ‘Anna’ (a nie królowa) a Dorota sama doj­dzie do wniosku, że wypada już prze­stać być Foremką czy Dodusią :)
Są przy­padki trud­norefor­malne, chociażby Luca czy Agni vel Jagna, które for­sują wymyślone imiona w tzw. ‘realu’. Ale prze­cież od dawna można było zostać gwiazdą zarówno pod własnym nazwiskiem jak i pod pseudonimem, więc… niech mają!

* — tak, wiem jak się odmienia ‘Bóg’. ‘BOR’ odmienia się właśnie tak.

Urodzinowy wishlist

wtorek, Listopad 25th, 2008

W związku ze zbliżającymi się urodzinami autora tegoż bloga, chciałbym w jego Jego imieniu prze­kazać listę życzeń jakie w mózgu tegoż osob­nika narodziły się były.
Oczywiście przewidziałem, że zasobność port­feli bywa różna, dlategóż odpowied­nio pogrupowane prezenty zostały. Obej­dzie się bez nazwisk, jed­nak mam nadzieję, że każdy uczciwie odnaj­dzie swój szereg oraz spełni obywatel­ski obowiązek. No cheating! Wszystko widzę!

1. Econo [dla nie­let­nich, studen­tów]

Krawat (żadnych błyskotek ani postaci z kreskówek!), bok­serki (byle nie takie “luźne”, bo źle się chodzi z dyndającym wac­kiem), dobre piwo, wino, ptasie mleczko, michałki, zaproszenie do kina albo na bilarda chociaż (tylko samice!)

2. Stan­dard [dla tzw. klasy śred­niej]
Zgrzewka browarów, koszula z krawatem, spodnie, buty, tatuaż (w sen­sie finan­sowania!), week­end gdzieś (tylko samice!), tan­kowanie do pełna, puz­zle (z antyramą odpowiednią!), ter­rarium dla pająka, śred­nio drogie per­fumy, mik­ser, łiskacz jakiś, no może wódka w ładnej butelce, prenumerata Angory.

3. Pro [dla osób bez węża w kieszeni i sporą wypłatą]
Gar­nitur, zmywarka, nowe (no niech stracę — kilkuletnie) auto, lustrzanka cyfrowa, super płatna i łatwa praca.

Pod żadnym pozorem proszę nie wręczać następujących prezen­tów:
Skar­petki, prezer­watywy, maszynka do golenia, port­fel, tani alkohol, zwierzęta, kwiaty, kar­net na solarium, iPhone, przenośny player mp3, telewizor, kom­puter (!), nawigacja samo­chodowa, kap­cie (na usb też nie!), czekolada, cudowny medalik (sic!).

Proszę prezen­tów nie pakować w żadne ozdóbki.

Z góry dziękuję i pozdrawiam,

alter ego Woźniaka

« Older Entries

Top of page